Menu

Wyszukiwarka


Newsletter

Twój adres email:

Twoje imię:

Zgadzam się z Polityką Prywatności




Chcę dostać za darmo książkę o sektach



Wstecz


Źródło: Sekty i Fakty

Świadectwa

Lech Rugała

Publikując w poprzednim numerze naszego pisma list od pana Lecha Rugały, zaznaczyliśmy, że do opisywanej tam sprawy szerzej wrócimy następnym razem. Dlatego zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią; oddajemy teraz panu Rugale głos, dziękując mu jednocześnie za cenne świadectwo, oraz wiele wartościowych materiałów, które przysłał do naszej redakcji. Będą one sukcesywnie publikowane w kolejnych numerach naszego kwartalnika.

Z żoną łączą mnie wspólne zainteresowania i od wielu lat działamy społecznie w PTTK, a ja również w PTT (Polskim Towarzystwie Tatrzańskim). Prowadziliśmy kiedyś pracę z młodzieżą (wędrówki krajoznawcze i przyrodnicze, letnie obozy wędrowne itp.), a także syna staraliśmy się wychować na człowieka wrażliwego na sprawy ekologii, oddanego ochronie przyrody i krajobrazu. Od małego dziecka zabieraliśmy go na wspólne wędrówki, ukazywaliśmy mu piękno kraju, przyrodę, zabytki, historię... Wszystko było na dobrej drodze...

W wieku 16 lat, syn był już mocno zaangażowany w harcerstwie, co było zgodne z naszymi oczekiwaniami. Miał za sobą uczestnictwo w wielu turystycznych obozach wędrownych i rajdach harcerskich (w tym z wyróżnieniami). I właśnie wtedy nastąpiła seria nieszczęść. Potrącony przez samochód, podczas wycieczki rowerowej w lipcu 1992 r., wyszedł z tego bez trwałych obrażeń, ale okres leczenia i sam fakt przeżytego wypadku, poważnie go załamał. Stał się może bardziej dorosły i skłonny do refleksji, niż jego rówieśnicy...

Nie wiedzieliśmy, że takie sytuacje często wykorzystują różne sekty i kulty. Jako młodzieniec przeżywający kryzys, a jednocześnie wrażliwy na każdy przejaw zła, syn łatwo dał się nabrać na wyrafinowane manipulacje sekty Hare Kryszna, której werbownicy w sposób nie zawsze uczciwy podają się za ruch ekologiczny i kultowy, związany - według nich - ze zdrowym żywieniem.

Kiedy syn zaczął chodzić na ich spotkania nie wiedzieliśmy jeszcze nic o ruchu Kryszny ani o tym, że nie mówi nam prawdy o nowych "przyjaciołach". Początkowo wspominał tylko o zainteresowaniu wegetarianizmem i filozofią życia w zgodzie z naturą. Również krysznowcy, gdy częstowali jeszcze swymi wegetariańskimi "specjałami" ludzi przechodzących pod poznańskim Rondem Kaponiera nie mówili, że poczęstunek ten jest ściśle związany z ich wierzeniami, a przyrządzanie i spożywanie go należy do rytuału wyznawców. Co ciekawe - posiłki te były nawet dofinansowywane z budżetu miasta.

Z czasem syn zaczął wspominać o bogu Krysznie. Przekonywał, że uczestnictwo w ich niedzielnym programie jest równoznaczne z pójściem do kościoła. Zaczął też krytykować dosłownie wszystko co wiązało się z jego dotychczasowym życiem - łącznie z poprzednimi pozytywnymi zainteresowaniami, które wyniósł z harcerstwa i turystyki. Zupełnie opóźnił się w nauce i w konsekwencji nie przeszedł do następnej klasy. Gardził naszym pożywieniem i jadł tylko to, co dopuszczała sekta. W praktyce sprowadzało się to często do głodówek.

Nauczono syna, że powinien spożywać tylko tzw. " prasadam", tj. pożywienie przyrządzane samemu lub przez grupę kultową, ze ściśle określonych składników. Owo pożywienie jest wcześniej "ofiarowane Krysznie" na domowym lub świątynnym ołtarzyku.

W celu "oczyszczenia się z materialnego brudu" syn musiał codziennie odmawiać minimum 1728 razy 32-sylabowe "magiczne zaklęcia", czyli tzw. mantrę "Hare Kryszna, Hare Rama, Rama, Rama...", co trwało czasem nawet kilka godzin. W sposób wyjątkowo nachalny próbował nas "nawracać" na swoją nową wiarę.

Wyciągał od nas pieniądze mówiąc, że potrzebuje na szkołę. Kupował za nie jednak różne kultowe akcesoria jak: płyty, kasety, książki, kadzidełka, korale i wiele innych. Coraz częściej kłamał; stał się złośliwy i arogancki...

To wszystko nas przerosło. Zwłaszcza kiedy zaczęliśmy odkrywać oszustwa sekty zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy wobec nich bezradni.

Wyznawcy Kryszny powoływali się m.in. na rzekomo pozytywne wyniki badań naukowych stosowanej przez nich diety, które to badania miał przeprowadzić prof. Wojciech Chalcarz z AWF w Poznaniu. Jak się później dowiedziałem od samego profesora, było to z ich strony perfidne kłamstwo.

Postanowiliśmy podjąć jakieś działanie. W odpowiedzi na moje uwagi, że syn jest nieletni, liderzy sekty przyjęli "taktykę konspiracji" przed rodzicami. Sterowali nim za pomocą korespondencji, która przychodziła z ich centrum we Wrocławiu. Przez telefon zawiadamiali, że ma się z kimś skontaktować i tam otrzymywał do przeczytania odpowiednie instrukcje. Jednocześnie zapewniali nas, iż syn do nich nie chodzi, ale już sam przenikliwy zapach kadzidełek zdradzał, że zamiast ze szkoły wracał... z tzw. "świątyni", odurzony palonymi tam bezustannie kadzidełkami.

Po uzyskaniu przez syna pełnoletności mogliśmy się w pełni przekonać, jakie jest ich prawdziwe oblicze i co znaczy Hare Kryszna! Nie było praktycznie żadnej możliwości wynegocjowania z nimi jakichkolwiek ustępstw. Prosiliśmy, aby wpłynęli na niego, żeby ograniczył się w swych praktykach - lecz do liderów tej grupy, żyjącej w oderwaniu od rzeczywistości, nie docierały żadne prośby i tłumaczenia. Mówiliśmy im, że syn nie cieszy się dobrą kondycją fizyczną, a te praktyki kultowe stwarzają zagrożenie dla jego zdrowia. W odpowiedzi słyszeliśmy, że syn jest pełnoletni i musimy uszanować "jego świadomy wybór i właściwą drogę do postępu duchowego", z czego "powinniśmy się nawet cieszyć". Niestety, nasze obawy miały się wkrótce potwierdzić.

Wypełnianie obowiązków kultowych, jak m.in. długie mantrowanie, niedobór snu, czy obowiązkowa dieta połączona z głodówkami, doprowadziły syna nie tylko do całkowitego zlekceważenia obowiązków szkolnych, ale również do fizycznego wycieńczenia i drugiego, poważnego wypadku.

Najprawdopodobniej w stanie pseudoreligijnej ekstazy zasłabł na ulicy. Upadając na twarz złamał sobie nos i szczęk wybijając przy tym zęby. W takim stanie skierowano go na leczenie szpitalne.

Największa rozpacz i poczucie bezsilności nas ogarnęło, kiedy lekarze wezwali mnie i żonę czyniąc nam wyrzuty: "Co zrobiliście z tym chłopakiem? Czemu on tu nie chce niczego jeść? Czy brał jakżeś narkotyki? " To był po prostu obłęd! Lekarze nie mogli zrozumieć, że to sekta zabroniła mu przyjmowania pożywienia od "niewielbicieli Kryszny" (wszystkie osoby spoza sekty są "nieczyste". Nazywa się je pogardliwie "karmitami"). Nie mogli pojąć, jak silny wpływ może mieć na człowieka grupa praktykująca "religijność destrukcyjną". Ostatecznie leczono go kroplówką. Syn zaczął przyjmować przynoszone przez nas posiłki dopiero po kilku rozmowach ze specjalistką z oddziału psychiatrycznego. Posiłki te były zresztą półpłynne, gdyż ze złamaną szczęką nie mógł gryźć.

Do "normalności" wracał długo. Mozolne leczenie, przerwa w nauce i zmiana szkoły na specjalną przy Zakładzie Rehabilitacji Zawodowej Inwalidów, oraz inne komplikacje życiowe (próbował do nich wrócić, min. wyprowadził się z domu i zamieszkał z wyznawcą kultu), trwały jeszcze dwa lata.

Wiele czasu poświęciliśmy na ratowanie syna od tego "umysłowego zniewolenia". Odbywało się to kosztem naszej działalności w PTTK i PTT. Sporadycznie tylko pojawiałem się na spotkaniach, gdyż myślami byłem gdzie indziej.

Dyskutowaliśmy często z żoną do późnej nocy jak temu wszystkiemu zaradzić, a nawet kłóciliśmy się i obwinialiśmy siebie nawzajem za zachowanie syna. Niektórzy znajomi obwiniali nas i dawali "pewne" rady na przyszłość. Cóż, każdy jest "mądry" i "doświadczony", dopóki jego to osobiście nie spotka.

W "walce" o przywrócenie syna do "normalności" nie byliśmy zupełnie osamotnieni. Pomagali nam w tym zadaniu jego dawni koledzy z harcerstwa, oraz młodzież związana z Dominikanami. Teraz syn odrabia straty, starając się znaleźć stosowną do jego stanu zdrowia pracę, oraz uczy się zaocznie w technikum.

Przez te wszystkie lata nawiązałem kontakty z wieloma osobami, które podobnie jak nasza rodzina ucierpiały, na skutek ingerencji tej sekty w ich życie. Są wśród nich i tacy, których dzieci nie tylko przerwały studia, ale odeszły całkowicie z domu, zrywając naturalne więzi rodzinne przez całkowite zaangażowanie się w życie sekty.

Z pewnością potrzebne jest rzetelne naukowe poznanie szkodliwości działania niektórych sekt na jednostkę i społeczeństwo. Dotychczasowe szczątkowe badania, nie zawsze uwzględniające skutki ingerencji kultów w życie rodzin, nie mogą być traktowane jako w pełni miarodajne i obiektywne. Publikacje, które interpretują szkodliwe praktyki kultów totalitarnych jako "niegroźne" zjawisko społeczne, mijają się z prawdą i nie mają nic wspólnego z nauką. Nasz przypadek jest tego przykładem.

Lech Rugała, Poznań

Wersja do druku Poleć ten artykuł znajomemu!









Ze świata



Konferencje



Nie znalazłeś?

Nie znalazłeś informacji, której szukałeś?

Powiadom nas o tym


Copyright © 2003-2005 Paweł Królak
.: Polityka Prywatności :.

Centrum Przeciwdziałania Psychomanipulacji
ul. Królewska 10, 20-609 Lublin

Wymiana linków:
sekty świadkowie Jehowy satanizm Program partnerski książki księgarnia katolicka
Wiadomości online poker viagra dzwonki nokia Konta Inteligo
Centrum Przeciwdziałania Psychomanipulacji